vuko-drakkainen

Literackie objawienie. Krótko na temat książki Grzędowicza. Od czasu Sagi Wiedźmińskiej w polskiej literaturze nie powstało nic lepszego. Właściwie Pan Lodowego Ogrodu pod wieloma względami bije Wiedźmina na głowę. Możliwe, że nawet pod każdym względem. Jarosław Grzędowicz jest żywym zaprzeczeniem twierdzenia, że jeśli coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Napisał książkę niemalże doskonalą. Jest w niej wszystko czego dusza zapragnie.

Akcja kręci się wokół jednoosobowej ekspedycji ratunkowej, wysłanej na inną planetę w celu odnalezienia i sprowadzenia z powrotem do domu grupy zaginionych naukowców. Nie ma żadnej łączności, ponieważ najwyższej klasy sprzęt elektroniczny ma krótszą żywotność niż obietnice wyborcze czołowych polityków. Owej iście samobójczej misji podejmuje się Ulf Nocny Wędrowiec vel Vuko Drakkainen. Coś na miarę Wiedźmina XXI wieku. Specjalnie przygotowany na misję niemożliwą, natchniony specjalista od przeklinania w różnych językach, wieczny maruda i majster od wszystkiego. Nadzwyczaj skuteczny i śmiertelnie niebezpieczny sympatyczny safanduła. Nie da się go nie lubić.

Powieść z gatunku tych, które czyta się jednym tchem. Oprócz fabuły mamy informacje na każdy temat, który choćby koło fabuły przechodził. Jest zatem podręcznik survivalu, jest encyklopedia broni białej, poradnik budowania miast, twierdz, broni palnej, okrętów wojennych, techniki bojowe wojskowych grup specjalnych, średniowiecznych komandosów, psychologię przetrwania, szkolenie na cesarza, sex w teorii i praktyce, eksperymenty społeczne na skalę globalną, hodowlę smoków, biotechnologię, nanotechnologię, fizykę, matematykę, religię, filozofię, intrygi, skrytobójców, wywiad, kontrwywiad, analizę wszystkich znanych ustrojów politycznych, propozycję państwa idealnego. Znalazło się nawet miejsce dla kilku mini felietonów na otaczająca nas rzeczywistość oraz dla armii zombie.

Cztery opasłe tomiszcze. Uczta dla fanów dobrej literatury. No i gwóźdź programu – miejsce akcji aż kipi od magii. Nikt w nią nie wierzy, ale mimo to działa, więc wszyscy zainteresowani chętnie ułatwiają sobie życie magicznymi sztuczkami. Co ciekawsi świata eksperymentują na szeroką skalę. A że mamy do czynienia z ludźmi nauki, u których, jak wiadomo, ciekawość nie zna granic, to zapowiada się jatka na całego.

Grzędowicz sprawia wrażenie jak by zabrał się do pisania powieści, w międzyczasie oszalał i wyszła mu encyklopedia. To nie jest jednak szaleństwo tylko mistrzowski research. Każdy element, każdy wątek jest wyjaśniony od deski do deski. Wszystko tworzy logiczną, spójną całość. Mimo takiej dbałości o szczegóły fabuła porywa i kapitalnie się to czyta.

Książka jest pomieszaniem s-f, fantasy, powieści przygodowej i bóg wie czego jeszcze. Głównie taplamy się w ciężkich klimatach średniowiecza. Jest zimno, brudno, niebezpiecznie. Rozmowy toczą się bez zbędnych ceregieli. Spory rozwiązywane są za pomocą miecza i topora. Dyplomacja schodzi na drugi plan. Życie jest proste i często kończy się przedwcześnie.

W czasach kiedy od strony kultura zalatuje stęchlizną, bo wszyscy sprzedają odgrzewane kotlety, Grzędowicz oferuje coś świeżego. Polecam tą książkę z czystym sumieniem. Można się w niej zapomnieć. Odlecieć na kilka tygodni. Fantastyczny, prawdziwy świat. Dopracowany w najdrobniejszych szczegółach.

Aha, miecz którym można sobie zrobić dobrze, to jednosieczne ostrze, wyhodowane jako monomolekularna cząsteczka w zakładach Nordland Aeronautics. Powstało na wzór shinobi ken – miecza starojapońskich skrytobójców. Robi dobrze każdemu kto jest w jego zasięgu. Ostrze Czarnej Mamby z Kill Billa, na widok którego wszyscy sikali z zachwytu, może się schować. Trzeba przeczytać tą książkę.