Na początek wypada ostrzec tych, którzy nie oglądali Wyspy Tajemnic, że będę zdradzał fabułę filmu. Nie psujcie sobie zabawy. Obejrzyjcie najpierw film.

Spośród  miernoty kina ostatnich lat Wyspa Tajemnic błyszczy jak psu… ehhem.. błyszczy jak diament. Martin Scorsese stworzył film na miarę XXI wieku. Trzyma poziom pozycji kultowych ubiegłego stulecia i przede wszystkim przedstawia dobrą historię. Bo taki jest cel kina – opowiedzieć historię która oderwie nas od codzienności, a ostatnio niestety o to coraz trudniej.

Shutter Island – Wyspa Tajemnic, w zasadzie bardziej tu pasuje Wyspa Skazańców. Wysepka w Zatoce Bostońskiej na której umieszczono Ashecliffe, szpital dla obłąkanych przestępców. Akcja rozgrywa się w 1954 roku, czyli w czasach kiedy lobotomię – polegającą na mieszaniu ludziom w mózgach za pomocą szpikulca do lodu – nadal uznawano za całkiem niezły sposób na leczenie psychozy i depresji. Wprawdzie wraz z chorobami psychicznymi znikała osobowość pacjenta i stawał się warzywem, ale kto by się przejmował takimi szczegółami? Otóż na szczęście dla  – Teddy’ego Danielsa dyrektor placówki dr John Cawley zachował zdrowy rozsądek i zdawał sobie sprawę, że lobotomia jest zwykłym okrucieństwem i okaleczaniem ludzi.

Teddy Daniels jest najgroźniejszym pacjentem szpitala Ashecliffe. Były żołnierz i szeryf federalny  nie rokuje najlepiej. Jest niebezpieczny dla personelu i pozostałych pacjentów. Od dwóch lat, czyli od początku jego pobytu w szpitalu nie zauważono żadnej poprawy. Teddy wyparł rzeczywistość. Nie zauważa tego gdzie jest i co się z nim dzieje. Więc jedynym rozwiązaniem jest przeprowadzenie lobotomii, zanim Teddy ogarnięty swoimi halucynacjami kogoś zabije. Takie rozwiązanie dr Cawley odbiera jako osobistą porażkę. Podejmuje więc ostateczny krok, w myśl zasady, że jeśli nie możesz pokonać wroga, to się do niego przyłącz. Pozwalają Teddyemu odegrać swoją rolę, detektywa który zostaje przydzielony do rozwiązania tajemnicy zaginionej pacjentki w szpitalu na wyspie tajemnic. Cały personel medyczny i większość pacjentów ma wziąć udział w przedstawieniu przygotowanym dla jednego aktora, wszystko po to by na końcu skonfrontować go z rzeczywistością. Istny Truman Show. Podziwu godne poświęcenie dla ratowania jednego człowieka przed lobotomią. Z drugiej strony kto może wiedzieć ile warte jest ludzkie życie. Przecież gdyby się udało byłby to krok milowy w leczeniu chorób psychicznych. Lekarz prowadzący Teddyego – Chuck  Aule dostaje rolę jego partnera i nie odstępuje go na krok. Chuck tak długo pracuje nad Teddym, że mogliby zostać przyjaciółmi, gdyby tylko Teddy mógł go zapamiętać. Reszta załogi ma za zadanie tylko współpracować.

I tak przez półtorej godziny filmu Teddy wraz z lekarzem ugania się za swoimi demonami. Kolejne elementy układanki w końcu układają się w sensowną całość i Teddy sam odkrywa prawdę; żona zabiła ich dzieci, on zabił żonę. Wyparł to wszystko z pamięci, bo alternatywą dla szaleństwa było samobójstwo. Mimo klimatu tajemnicy, spisku i intrygi reakcje personelu i pacjentów są w sumie całkiem zabawne. Widać jak niekomfortowo się czują w wyznaczonej roli. Chuck nie radzi sobie z rolą detektywa, strażnikom kiepsko idzie okazywanie szacunku dla kogoś kogo na co dzień muszą pilnować, pacjenci dziwnie się czują przesłuchiwani przez jednego z nich a dr Cawley jest szczerze zainteresowany przebiegiem swojego eksperymentu, chętnie wdaje się w dyskusje z obiektem badań. Tylko naczelnik więzienia nie ma zamiaru brać udziału w całym przedstawieniu i mówi Teddyemu wprost co o nim myśli. Jednak na tym etapie „śledztwa” jest jeszcze za wcześnie żeby zrozumieć o co mu chodzi.

Ok. Tak to mniej więcej wygląda i taki scenariusz byłby całkiem znośny, ale sposób przedstawienia wydarzeń jest niczym przebłysk geniuszu. Widz bierze w tym wszystkim udział z perspektywy Teddyego. Na końcu filmu jest już tak otumaniony że sam nie wie gdzie kończy się prawda a gdzie zaczyna spisek, szaleństwo. Mimo że czuje, że to była szalona jazda, że takie rzeczy nie dzieją się naprawdę, to chcąc być konsekwentnym idzie w zaparte i nie przyjmuje prawdy, która po takiej wycieczce wydaje się zbyt banalna. Nie było żadnych eksperymentów na ludziach, nic się nie działo w latarni. Teddy to przyjął. Eksperyment się powiódł, jednak rzeczywistość była zbyt przytłaczająca. Wyleczony z szaleństwa świadomie wybrał lobotomię. Udał szalonego, ponieważ nie był w stanie żyć ze świadomością tego co utracił. Dr Cawley dopiął swego chociaż nie miał się jak o tym przekonać. Tylko czy to jest słuszne? Zabierać człowiekowi jego świat w którym odnalazł spokój i może szczęście? Co z tego że wszystko zostało wymyślone? Po to przecież został zamknięty w szpitalu dla obłąkanych przestępców. Cóż, to już temat na inne dyskusje.

Historia opowiedziana w tym filmie i sposób jej przedstawienia to klasa sama w sobie. Przy okazji można podziwiać zjawisko znane pod nazwą Leonardo DiCaprio. Jakość gwarantowana. Wyspa Tajemnic i późniejsza Incepcja to kino z najwyższej półki. Dicaprio traktuje śmiertelnie poważnie wszystko co robi i oby tak dalej. Clint Eastwood odegrał już swoja ostatnią rolę. Może komuś uda się go zastąpić.

Rzecz jasna Wyspę Tajemnic można także odebrać jako alegorię ówczesnej rzeczywistości USA. Pierwsza połowa lat pięćdziesiątych były to czasy senatora McCarthy’ego i „polowania na czarownice”. Czyli totalna nagonka na zwykłych ludzi pod pretekstem demaskowania komunistów i agentów ZSRR. Bezpodstawne pomówienia i donosy złamały nie jedną karierę. Powstała psychoza społeczna, w której nikt już nie wiedział kto jest przyjacielem a kto wrogiem.

Jednak o ile taka interpretacja ma sens, to nie została potwierdzona ani przez twórców filmu, ani przez autora książki na podstawie której film powstał.